18.10.2017 | Polecamy

Ciekawe rzeczy w nietypowy sposób

Z niestandardowymi pomysłami wychodzisz wtedy, kiedy czujesz się bezpiecznie. Kiedy się tak nie czujesz, idziesz wcześniej udeptaną ścieżką. Inwestowanie w lokalnych liderów to jest długofalowa inwestycja w ludzi, w społeczności, która przynosi zwrot.

O Programie Liderzy PAFW, pracy z młodzieżą i energii w lokalnych społecznościach rozmawiamy z naszą absolwentką Barbarą Zamożniewicz.

Czy idąc do Szkoły Liderów, czułaś się liderką?

Nie, zupełnie nie. Dopiero Program Liderzy PAFW pomógł mi zbudować to przekonanie na temat siebie. Szkoła pokazała mi, że można nad sobą pracować. Jak byłam młoda, to szłam na żywioł. W tym byłam dobra, a w tym zła. Nie myślałam o tym, że mogę mieć wpływ na to, jak działam jako lider. Że to jest warsztat, że mogę to zaplanować. A druga rzecz, której się nauczyłam w Programie, to umiejętność oddzielania tego, co się dzieje, od tego kim jestem. Zrozumiałam, że nie na wszystko mam wpływ, że nie za wszystko ponoszę odpowiedzialność. To jest trudne - mam duży problem z tym, że nie zawsze jest tak, jak bym chciała. Szkoła pokazała mi, że nie mogę kontrolować wszystkiego – zresztą to jest głupie kontrolować wszystko.

Szkoła pomogła mi też w wypracowaniu planu rozwoju swojej organizacji. To był moment trudnych decyzji. Miałam organizację młodzieżową – choć sama już nie byłam młodzieżą.

Jak to się stało, że założyłaś młodzieżową organizację?

Przełomowym momentem w moim życiu był udział w wolontariacie europejskim. To był 2003 rok, pojechałam do Belgii pracować w klubie młodzieżowym. Wcześniej byłam na stypendium w Szwecji i pisałam prace o społeczeństwie obywatelskim. Ciągnęło mnie do organizacji pozarządowych, do aktywistów. W Belgi zobaczyłam coś zupełnie nowego - cały system wspierania aktywności obywatelskiej, który obejmował też młodych ludzi. W każdej wsi działał klub i rada młodzieży. Rozmawiałam z ludźmi w moim wieku i nie spotkałam osoby, która nie miałaby jakiejś karty członkowskiej. Kiedy w 1999 roku wyjeżdżałam z mojej wsi na studia, to nie było tam żadnej tego rodzaju inicjatywy.

Co robią te kluby?

To są instytucje finansowane przez lokalny samorząd. W klubie, w którym ja pracowałam, za całość odpowiadał pracownik urzędu, ale podejmował decyzje razem z radą złożoną z młodych osób. Zarządzanie oparte było na dialogu, na konsultacjach. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie wrażenie to wszystko na mnie robi, dopóki nie wróciłam do Polski. Jak wróciłam, to pomyślałam: „Kurczę, czym moje miasto różni się od tamtego? Przecież młodzież i tu i tam jest taka sama. Jeżeli tam szesnastolatek robi imprezę na parę tysięcy osób, to nastolatek w Polsce też może ją zrobić.

Co było dalej?

Kupiłam skrzynkę piwa i poszłam pod sklep w mojej wsi.

Co powiedziałaś?

Powiedziałam, że jest taki program „Młodzież w działaniu”, można dostać pieniądze i coś ciekawego zrobić. Wtedy nie było tak wielu możliwości działania. Za mojej młodości, jak chciałaś poimprezować ze znajomymi na wsi, to chodziłaś po ulicy, siedziałaś pod sklepem, albo na przystanku. Zrobiłam ognisko nad stawem i zapytałam, co chcieliby zrobić. W 2004 roku dostaliśmy pierwszy grant z Unii Europejskiej - 5 000 euro. Nikt wtedy nie rozumiał, jak myśmy to zrobili. Bo działaliśmy bez wsparcia gminy, szkoły, czy kościoła. Wyremontowaliśmy boisko, plac zabaw i zorganizowaliśmy imprezę wiejska. To była pierwsza impreza w mojej wsi. Wszyscy byli naprawdę w szoku, przyjechała telewizja i radio Kielce.

Czy grupy nieformalne mogły wtedy dostawać granty?

Pomogła nam duża organizacja, którą znałam, z Kielc, a potem powstała już nasza organizacja - prowadziłam ją przez 10 lat. FARMA, czyli Fundacja Aktywizacji i Rozwoju Młodzieży, to była organizacja oparta na pasji ludzi i ich energii. Robiliśmy wiele wspaniałych rzeczy. Najfajniejszą był chyba festiwal młodzieżowy w Staszowie. Koordynatorką pierwszego była moja koleżanka, która miała wtedy 18 lat. Koordynowała grupą kilkudziesięciu wolontariuszy i oni wszyscy byli tacy młodzi. Festiwal wziął się z takiej własnej irytacji, że brakuje oferty kulturalnej dla młodych ludzi. Zrobiliśmy sobie po prostu taką imprezę, o jakiej sami marzyliśmy.

Co było później?

Przez wiele lat Farma była szaloną młodzieżową organizacją. Potem zaczęło nam zależeć na zmianie sposobu naszej pracy i wizerunku, zaczęliśmy postrzegać się jako organizacja profesjonalna w pracy z młodzieżą. Nie byłam już młodzieżą, miałam dziecko.

Tak powstał nasz autorski program Mania Działania. W ramach Manii Działania dawaliśmy granty nieformalnym grupom młodzieżowym. Pieniądze pochodziły z samorządów. Robiliśmy to przez trzy lata i co roku dotacje dostawało coraz więcej grup – w ostatnim roku czternaście z siedmiu gmin. Żeby dostać grant młodzież musiała uczyć się, jak pracować w grupie, jak zarządzać zespołem. Dzięki Manii Działania my z kolei nauczyliśmy się współpracować z gminami, a gminy nauczyliśmy korzystać z potencjału organizacji. Potwierdziło się także to, co wiedziałam już wcześniej – że jest wielka korzyść ze wspierania liderów.

Jaka to korzyść?

Jestem przekonana, że w społecznościach, w których ludzie są w dobrych relacjach lepiej się żyje. Zainwestowanie w lidera, który wymyśli ciekawe projekty zwraca się, bo tworzą się międzyludzkie relacje, a z tego się rodzi zaufanie.

Jest wiele teorii naukowych, które mówią o innowacjach w kontekście zaufania społecznego. Innowacje rodzą się tam, gdzie jest zaufanie. Z niestandardowymi pomysłami wychodzisz wtedy, kiedy czujesz się bezpiecznie. Kiedy się tak nie czujesz, idziesz udeptaną ścieżką. Inwestowanie w lokalnych liderów to jest długofalowa inwestycja, która przynosi zwrot. Liderzy są w stanie sprawić, że lokalne społeczności są silniejsze.

Na czym polega ta siła?

Jeżeli jesteś w stanie na manifestację w małym mieści ściągnąć w dwie godziny dziewięćdziesiąt osób, to masz większy wpływ na rzeczywistość. Kiedy coś się dzieje złego, to ludzie się skrzykną i zareagują. Z tego wynikają też mierzalne, ekonomiczne korzyści. Cała masa firm powstała dlatego, że ludzie poznali się w harcerstwie. Znam takich, którzy z powodu silnego poczucia związku z regionem, czyli dzięki silnym więziom społecznym, nie wyjechali stąd, albo wyjechali i wrócili. Działają, zakładają firmy. Tu organizują sobie życie, tu płacą podatki. Poza tym nasze województwo się wyludnia, więc to ważne, żeby ludzie tu mieszkali. Nasz region przeznacza mnóstwo pieniędzy na rozbudowę infrastruktury, ale moim zdaniem to nie wystarcza. To, co trzeba zrobić, to sprawić, żeby taki młody człowiek widział w regionie perspektywę rozwoju dla siebie. A to wcale nie jest takie trudne. Wystarczy pomóc mu odnieść sukces w swojej wsi, miasteczku, zanim wyjedzie. On zawsze będzie wracał do tego, że swój pierwszy festiwal, podczas którego było świetnie, zorganizował w Staszowie. Będzie miał pozytywne skojarzenie ze swoim miastem.

Jak to się stało, że zostałaś Rzecznikiem Młodzieży i doradcą Marszałka Województwa Świętokrzyskiego?

Pewnego dnia urzędniczka z samorządu zobaczyła, co robimy i powiedziała, że musimy to pokazać Marszałkowi. Spotkaliśmy się i to było bardzo dobre spotkanie. Nasza organizacja miała wtedy pomysł na kampanię – chcieliśmy pokazać samorządowcom, jaka jest energia w młodzieży. Marszałek nas wsparł i przez rok nas obserwował. Po roku spytał, czy chcę zostać Rzecznikiem Młodzieży Województwa Świętokrzyskiego.

Co wtedy pomyślałaś?

Że robimy dobre rzeczy w nietypowy sposób i że województwo tego potrzebuje. Poczułam, że tą kampanią pokazaliśmy, co młodzież może, jaka jest energia w regionie. Cieszyłam się, że zaczęło się coś ważnego na większą skalę. Koleżanka powiedziała mi: „Basiu, gratuluję. Zobacz jak daleko zaniosłaś tą ideę.” No i rzeczywiście. Jakiś czas temu robiłam projekty z młodzieżą w znacznie mniejszej skali, a tu było 130 osób, wójtowie, posłowie. Pomyślałam, że fajnie – idę dalej.

Opowiedz mi o regionalnej szkole liderów „Liderzy dla młodzieży”.

Jako rzeczniczka odpowiadam za politykę młodzieżową w regionie. To było dla mnie oczywiste, że jeżeli chcemy dokonać jakiejś zmiany społecznej, to ona może się dokonać tylko oddolnie, że mogą jej dokonać wyłącznie lokalni liderzy. Uruchomienie tego projektu to była chyba najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiłam w tym roku. Marszałka nie musiałam przekonywać, ponieważ dobrze rozumie kwestie społeczne, ale realizacja całego planu była wyzwaniem i dla wszystkich zaangażowanych osób. Kiedy zaczynaliśmy, koleżanka mówiła mi: „Ale przecież tu nic nie ma, nie ma energii, nikomu się nic nie chce”. A my byliśmy wtedy w trakcie rekrutacji. Okazało się, że mamy 31 aplikacji na 20 miejsc. Miałam dobra intuicję, wiedziałam, że ci ludzie tu gdzieś są i że oni potrzebują tego programu.

Teraz jesteśmy już na etapie zjazdów i widać, że oni bardzo potrzebowali się spotkać, porozmawiać o pomysłach i problemach. To są ludzie z różnych branż, ale bardzo wiele ich łączy. To są ludzie, którzy wierzą w to, że województwo nie może się rozwijać tylko przez budowanie dróg i nowe spalarnie - bo to nie jest rozwój społeczny.

Lider to jest właściwie kto?

Podoba mi się takie podejście, że  lider to jest ktoś, kto inspiruje, za kim idą ludzie. Inne, niż takie, do którego przywykliśmy – że lider to ktoś kto zarządza, koordynuje projekty. Liderem jest się ok każdej porze dnia i nocy. To duża odpowiedzialność, ale można z tym żyć spokojnie, jeżeli kierują tobą prawda i czyste intencje.

Tekst: Małgorzata Łojkowska